Kronika kościoła bodzechowskiego cz.2

KRONIKA PARAFII ŚW. ZOFII W BODZECHOWIE   cz. 2

Ks. Józef Nita

Przygotował do publikacji i opatrzył przypisami ks. Cezary Zybała

In nomie Domini

                                               Rozpoczęto więc budowę domu Bożego. Wielką radość sprawiła ta wiadomość staruszce Anieli Kotkowskiej, która przez długie lata żywiła te pragnienia, często je Bogu polecała. Plany tegoż kościoła wykonał bezinteresownie pan Rekwirowicz, inżynier Zakładów Ostrowieckich, wielki miłośnik budownictwa z drzewa z lat dawniejszych. Według jego planów zbudowano również drewniany kościół w Ostrowcu. Roboty budowlane drzewne podjęli się wykonać dwaj miejscowi cieśle: Stanisław Kolasa i Bronisław Kral z pomocą kilku dobranych ludzi.

W pobliskiej kopalni piaskowca na Sowiej Górze Ksiądz proboszcz wraz z Komitetem zakupił 20 m kamienia na fundamenty, wapno już dawniej było zakupione i zalasowane. Pan Iwaszkiewicz, dyrektor Zakładów Ostrowieckich zaofiarował z kopalni Krzemionki kilka wagonów piasku. Ponieważ drzewo na kościół, złożone na terenie papierni miejscowej, było w niedostatecznej ilości, dlatego Komitet zamówił drzewo sosnowe w tutejszym tartaku na wszystkie przyciesie, otwory i wiązania dachowe. Dlatego też te części, jako też szalówka są z drzewa sosnowego, ściany natomiast modrzewiowe.

W kwietniu 1937 r. przystąpiono do budowy fundamentów. Fundamenty te budowali pp. Szczepańscy z Denkowa. Ponieważ teren pod kościół był niski, więc fundamenty wzniesiono ponad 2 m tak, by były wyższe od poziomu dróg. W tym samym czasie cieśle przygotowali drzewo na placu tartacznym.

Przy budowie fundamentów już były poważne  trudności z robocizną. W odległości około 150 m był piasek do zaprawy murarskiej, zdarzało się, że murarze nie mieli piasku do zaprawy, gdyż nie miał go kto przewieźć. Raz przewieziono piasek furmanką żydowską. W ogóle jeśli chodzi o pomoc gratisową furmanek, to były z tym ogromne trudności od początku. Trzeba było ogromnych nalegań osobistych i przypominania niekiedy trzykrotnego, aby pojechano czy to po kamień czy po piasek. Sprawa stała się jeszcze przykrzejszą, kiedy trzeba było wyrównać teren wewnątrz fundamentów. Częściowo jest usprawiedliwienie, że robota ta wypadła w czasie  gorączkowych, bo opóźnionych prac wiosennych, ale była tu także duża opieszałość. Byli nawet tacy, którzy wyśmiewali gorliwych; brak było często rąk do nasypywania czy zrzucania piasku, choć w tym samym czasie wielu bezczynnie się włóczyło. Przykro mi było, kiedy mimo mych próźb i nalegań fundamenty nie były wyrównane.

Pewnej niedzieli przybyliśmy z księdzem Proboszczem na zebranie; ludzi sporo się zeszło. Ksiądz Proboszcz widząc opieszałość w tej sprawie zdecydował, że przerwie wszelką pracę przy kościele, jeżeli nie będzie widział żadnej pomocy ze strony społeczeństwa. Ja byłem przygnębiony takim przebiegiem sprawy, gdyż zdawało mi się, iż jest to zwyczajne lekceważenie, i miałem chęć całkowicie z tej pracy się wycofać. Po takim upomnieniu skutek jednak był, gdyż kilka następnych dni wożono ziemię i wyrównano teren.

Ponieważ wydatki pieniężne rosły, trzeba było zasilać kasę kościelną. Od czasu do czasu znaczniejszej pomocy udzielał pan Baczyński Leon, również Kuria Biskupia w Sandomierzu przelała nam 500 zł gotówką i za 500 zł cementu.

Na wydatki bieżące zbierałem dobrowolne składki od miejscowego społeczeństwa oraz z sąsiednich wiosek. Zbierałem je dość często, gdyż pieniędzy ciągle było trzeba; zbierałem z tą obawą, czy nie powie kto, że zbyt często to czynię. Może poza  mną znaleźli się tacy, co tak mówili, byli i tacy co nie chcieli dać ofiary na kościół, tłumacząc, że nie mają. Ale ogół dawał dość chętnie, zachęcając mnie do dalszych zbiórek. A trzeba zaznaczyć, że w tym samym czasie poczęto na dobre brać się do budowy szkoły, ludność była dość mocno obciążona składkami. Powoli i malkontenci i pesymiści poczęli wierzyć, że kościół w Bodzechowie stanie, a tym samym przychylnie tę sprawę traktować.

Po zaciągnięciu przyciesi na fundamenty budowa posuwała się raźno, ściany rosły dość szybko. Według umowy roboty koło kościoła miały być ukończone we wrześniu; z powodu braku pieniędzy przeciągnęły się do listopada. Ponieważ jeszcze sporo roboty było do wykończenia, a gotówki było brak, Komitet Kościelny zaciągnął pożyczkę w kwocie 2500 zł w Komunalnej Kasie Oszczędności w Ostrowcu; poza tym ksiądz proboszcz Gruszka pożyczył z kasy kościelnej w Denkowie 1500 zł. Wskutek tego można było roboty kończyć. W międzyczasie ksiądz proboszcz zakupił deseniowe szkło do okien kościelnych w kolorze złotym. Znaleźli się chętni ofiarodawcy, którzy dali ofiary na całe okna. Za duże płacono 25 zł, za małe – 15 zł. Roboty stolarskie przy kościele wykonywał miejscowy stolarz Nawrot Karol.

Na dzień 14 listopada 1937 roku wyznaczyliśmy poświęcenie kościoła. Na te uroczystość przybyli: jako przedstawiciel księdza biskupa diecezjalnego – ksiądz prałat Górski Edward – radca Kurii, pan Starosta Opatowski – Wacław Bołdok, ksiądz Tadeusz Szubstarski – dziekan, księża z okolicznych parafii, oraz wielka ilość ludzi z całej parafii denkowskiej. Ksiądz Prałat Górski poświęcił kościół, oraz przemówił serdecznie do zgromadzonych, winszując dokonanego dzieła, oraz życząc, aby kościół ten zbliżał ludzi do Boga, a przez to wyrabiał z nich dobrych obywateli – Polaków. Dla podkreślenia tej łączności katolicyzmu z polskością zaintonował jako pierwszą pieśń w tym kościele – Boże coś Polskę. Przemawiał również ksiądz proboszcz Gruszka, w serdecznych słowach dziękując wszystkim tym, co swym wysiłkiem i groszem dopomogli do wzniesienia domu Bożego. Sumę celebrował ksiądz proboszcz Gruszka. Ksiądz prałat Górski imieniem ks. Biskupa przekazał mnie jako rektorowi opiekę nad tymże kościołem. Po uroczystości kościelnej była lampka wina na prefekturze dla Komitetu i zaproszonych gości, oraz obiad w dworze państwa Jankowskich.

Rozpoczęła się praca przy nowo wybudowanym kościele. Zamieszkałem w Bodzechowie w domu po Kazimierzu Kotkowskim. Dom ten wraz z ziemią (4morgi) ofiarowali spadkobiercy – Kotkowscy i Gombrowicze na cele kościoła bodzechowskiego. Po małym remoncie część tegoż domu była zdatna do użytku. Po przeprowadzeniu sprawy spadkowej dom ten wraz z polem będzie rejentalnie przepisany na własność kościoła bodzechowskiego. Pani Gombrowiczowa Antonina[1] główna spadkobierczyni, wysłała odpowiedni list w tej sprawie do Kurii Sandomierskiej.

Dla ludności miejscowej była to nowość niezwykła mieć kościół tak blisko; dlatego tez gorliwość w pierwszych tygodniach w uczęszczaniu do kościoła była ogromna. Na mszy św.  w dni powszednie bywało do stu osób. W niedziele i święta było przepełnienie na mszy św. tak, że  okazała się konieczność dwóch mszy św. Dlatego  też w pierwszych miesiącach roku 1938 poprosiłem Kurię  o prawo binacji i jedną mszę św. odprawiałem dla dzieci o godz. 8.30, a drugą dla starszych o godz. 10.00. Ten porządek do dziś się zachowuje.

Kiedy nowość przeszła i gorliwość ostygła, kościół jakże często w niedziele  świecił pustkami, co zresztą do dziś się  zauważa (rok 1941). Zastarzała obojętność religijna i wpływy lewicowe robią swoje.

Podobną gorliwość i zapał okazywano w uczeniu się śpiewów kościelnych. Ludność sama zaproponowała utworzenie chóru, a właściwie przećwiczenie ludności w śpiewach religijnych. Poprosiłem o pomoc w tej sprawie miejscową nauczycielkę śpiewu p. Płochocką, która przyrzekła mi pomoc w uczeniu śpiewów. Na pierwszych lekcjach śpiewu sala szkolna nie mogła pomieścić chętnych starszych i młodzieży. Lecz powoli zapał gasł, aż w końcu zostało w chórze kościelnym 13 dziewcząt. Oto ich nazwiska: Czerwiec Helena, Tobiasz Helena, Tworek Władysława,  Mikołajczyk Janina, Pronobis Stanisława, Pronobis Helena, Syta Helena, Żyła Zdzisława, Nowocień Władysława, Czuba Alfreda, Tworek Zofia, Szafrańska Janina, Dębniak Janina. Z czasem wskutek czy to wyjścia zamąż czy warunków domowych niektóre z nich przestały należeć do chóru, ale przybyły inne. Należy podkreślić chęć i gorliwość tychże chórzystek w uczeniu się śpiewu pomimo przykrości i docinków, jakich doznawały od młodzieży męskiej, czy nawet od członkiń pewnej organizacji. Początkowo uczyłem je śpiewów jednogłosowych, odpowiedzi łacińskich we mszy św. śpiewanej, a następnie pieśni dwugłosowych. Na małą liczebność chóru składają się według mego zdania następujące przyczyny: brak organisty, który by mógł fachowo poprowadzić chór i dyrygować nim w czasie nabożeństw, obojętność religijna i to duża u młodzieży męskiej i może moja nieudolność w pozyskiwaniu czy zachęcaniu do tej sprawy.

Aparaty kościelne wypożyczyłem wszystkie z Denkowa. Niektóre jak kielich do mszy św. drobną bieliznę kielichową otrzymałem z Kurii Biskupiej za pośrednictwem księdza proboszcza Gruszki. Powoli jednak otrzymywał kościół aparaty własne. Dużą zapobiegliwość i ofiarność w tej sprawie okazali państwo Korytkowie właściciele Sowiej Góry. Dzięki ich ofiarności i staraniom kościół zyskał pięć ornatów: dwa białe, czerwony, fioletowy i czarny; z Kurii Sandomierskiej otrzymałem czerwony ornat; dzięki księdzu biskupowi Lorkowi otrzymałem dwa ornaty; czarny i fioletowy od Arcybractwa Najświętszego Sakramentu z Warszawy. Bieliznę kościelną ofiarowały poszczególne niewiasty z Bodzechowa: albę – pani Bielecka Antonina, obrus na ołtarz pani Godlewska Maria, komże panie Matusowa, Czubina, Zawadzka i inne. Prócz tego pani Marta Kowalewicz z Warszawy – obrus na ołtarz i wieczną lampkę , ksiądz Resztak Stanisław – albę. Wierni sami ze swej inicjatywy pomyśleli o zakupieniu stacji Drogi Krzyżowej.

Jakkolwiek kościół już stał i odprawiały się nabożeństwa to przecież pozostawały jeszcze nowe prace do wykonania, jako też i długi do zapłacenia. Dlatego też oprócz pieniędzy z tacy, oprócz ofiar pojedynczych osób robiłem zbiórki pieniędzy czy specjalnie czy z racji Kolendy. Pierwsza Kolenda po Bodzechowie w początku 1938 r. dała 651.40 zł, dzięki czemu można było spłacić poważniejszą ilość długu.

Na Wielkanoc  1938 r. ułożono w kościele posadzkę z płytek betonowych. Płytki te wykonał i ułożył posadzkę Jan Witkowski z Bodzechowa. Koszt tej posadzki wyniósł 549.85 zł; w 2/3 pokryto ten koszt z ofiar dobrowolnych zamawiając metr czy więcej tej posadzki jako ofiarę. Przez tę nowość kościół nabrał piękniejszego wyglądu.

W czasie świąt wielkanocnych tegoż roku zwróciłem się z prośbą o obfitszą tacę na monstrancję. Za dwa dni świąt zebrałem na tacę przeszło 140 zł. Będąc w Warszawie zakupiłem w firmie Norblin monstrancję złoconą za cenę 750 zł, zapłaconą częściowo a reszta płatna w ratach miesięcznych. Poważny kłopot miałem z pomieszczeniem aparatów kościelnych, gdyż nie miałem odpowiedniej komody w zakrystii. Zamówiłem więc odpowiednią komodę u Karola Nawrota za cenę 215 zł; komodę tę wykonał na pierwszy odpust na uroczystość patronki kościoła św. Zofii.

W dniu 15 maja 1938 r. Bodzechów przeżywał wielką uroczystość, pierwszy odpust w dzień patronki kościoła św. Zofii. Z Denkowa przybyła kompania, ludzi z okolicznych wsi, z Ostrowca i Ćmielowa przybyło bardzo dużo; w tymże dniu odbywał się w Bodzechowie zjazd Straży Ogniowych. Sumę celebrował ks. Jan Węglicki, ówczesny proboszcz Ćmielowa, piękne kazanie wygłosił ks. Jan Rutkowski, prefekt z Ostrowca. Uroczystość tę uświetnił również chór kościoła Serca Jezusowego z Ostrowca z organistą Stanisławem Piątkowskim. W tym też roku odprawiałem już przez cały maj nabożeństwa majowe.

Drugą uroczystością w 1938 r. była wizytacja księdza biskupa Pawła Kubickiego w dniach 24 i 25 sierpnia. Katolicy miejscowi krzątali się, by przybrać kościół i godnie przyjąć księdza biskupa. Dzień przyjazdu zaznaczył się bardzo dużym deszczem. Ksiądz biskup przyjechał z sąsiedniej parafii Rudy Kościelnej. W swoim wstępnym przemówieniu dziękował ksiądz biskup wszystkim tym, co nieśli chętnie trud i ofiary dla wzniesienia tej świątyni. Pierwszego dnia ksiądz biskup udzielił dzieciom sakramentu bierzmowania; w drugim dniu poświęcił i erygował stacje Drogi Krzyżowej oraz wybierzmował resztę dzieci. To na co się skarżyłem w przemówieniu powitalnym, a mianowicie, że nie mogę pomimo starań przyzwyczaić dzieci do częstego chodzenia do kościoła, oraz do należytego zachowania się w domu Bożym, to samo zaobserwował i ksiądz biskup. Pomimo deszczu pierwszego dnia i w drugim dniu katolicy tutejsi wzięli bardzo liczny udział w nabożeństwach. Wielu przystąpiło do sakramentu pokuty.  Na ingres księdza biskupa przybył z Ćmielowa chór kościelny z organistą Sawickim. W pożegnalnym przemówieniu zwrócił się ksiądz biskup i do mnie ze słowami otuchy i podniesienia. Była to dla mnie miła i błoga chwila.

Po obiedzie, który odbył się u p. Jankowskich, ksiądz biskup odjechał przy pięknej już pogodzie do Denkowa, żegnany przez licznych uczestników i odprowadzony przez banderię aż do Denkowa. Powozu dla księdza biskupa z Rudy Kościelnej do Bodzechowa i z Bodzechowa do Denkowa użyczyli państwo Jankowscy. W kilka miesięcy później w grudniu tegoż roku przysłał ksiądz biskup na moje ręce serdeczny list do wiernych tego terenu, gdzie z przyjemnością wspomina o swej wizytacji w Bodzechowie, oraz prosi, by przypomnieć wiernym i zachęcić iżby prace nad duszami swoimi uważali jako główny cel życia swojego. Przesyła również swoje serdeczne błogosławieństwo.

W czasie swej wizytacji w Denkowie ksiądz biskup poświęcił dla kościoła bodzechowskiego piękny obraz św. Zofii z córkami Wiarą, Nadzieją i Miłością. Obraz ten namalowany przez Bolesława Rutkowskiego, malarza z Częstochowy fundował wielki dobrodziej kościoła p. Leon Baczyński. Po poświęceniu obraz ten przenieśliśmy w procesji z Denkowa do naszego kościoła. Z chwilą otrzymania obrazu należało myśleć o głównym ołtarzu, jako odpowiedniej oprawie pięknego obrazu. Sprawa ta jednak odwlokła się aż do roku następnego z racji tej, że trzeba było spłacać długi, trzeba było remontować i to dość poważnie prefekturę. Spłata długów była dla mnie jedną z najprzykrzejszych  spraw, zwłaszcza, że kasa kościelna najczęściej była w deficycie. Zdarzało się tak, że zebrałem po składce pieniądze tylko na zapłacenie procentów. Jeśli chciałem spłacić coś sumy, trzeba było znów pożyczać u prywatnych osób. I tak raz pożyczyłem poważniejszą sumę od doktorstwa Szrajberów, to znów od Bieleckiej Antoniny. Zarówno Szrajberowie jako też i Bielecka Antonina okazywali mi nie jeden raz w tych sprawach duże zrozumienie i ogromną pomoc, co tu z wdzięcznością podkreślam.

Jedną z wielkich trudności i bolączek dla mnie było wywożenie piaskiem cmentarza koło kościoła[2]Trudność tę napotykałem od początku budowy kościoła. Prawda, że to trzeba tysiące fur ziemi wywozić, ale nie mniej nie widziałem zbytniej troski, aby tę sprawę choć cokolwiek posuwać naprzód. Choć do wojny upłynęło prawie dwa lata to sprawa ta pozostała jak w początkach. Pomimo moich kilkakrotnych próśb i zachęty z ambony sprawa nie ruszyła z miejsca. Dwie zdaje się są tu przyczyny: pierwsza to ta, że gospodarze tutejsi nieprzyzwyczajeni są, aby jakąś robociznę wykonywać darmo, a po wtóre wskutek budowy szkoły, rozpoczętej w 1938 r. mieli dość sporo wozić piasku i cegły na tamtą budowę. Prócz tego mają obowiązki szarwarkowe. Wskutek tego kościół jest jak na rozdrożu i nie można go grodzić; nawet niekiedy bydło przeganiają, pasą gęsi, kozy koło kościoła itp. W czasie postoju wojsk niemieckich, żołnierze przeprowadzali konie pod wielkimi drzwiami.

Pierwszym moim obowiązkiem była troska o religijne wychowanie dzieci. Wedle swych słabych sił starałem się tę pracę spełnić w szkole na lekcjach religii oraz w kościele przez egzorty do dzieci w każdą niedzielę i przez Krucjatę szkolną. O tej ostatniej obszerniej piszę w Kronice Krucjaty.[3] Praca nad religijnym wychowaniem dzieci jest dość trudna. Wiele na to przyczyn się składa. Przede wszystkim duch obojętności religijnej u starszych, jako też jeszcze większy  u młodzieży dorastającej. Rodzice na ogół nie wdrażają dzieci do obowiązku  uczęszczania do kościoła. Rozrzucenie szkoły w kilku budynkach, a stąd ogólnie trudniejszy dogląd wychowawczy dzieci, w starszych klasach duch przekory, właściwy temu wiekowi. Może i nienależyte dopatrzenie tej sprawy przez nauczycielstwo, jako też i moja nieudolność. Jednym słowem ta sprawa przedstawia się źle.

Na początku roku 1939 złożyłem z ambony szczegółowe sprawozdanie kasowe  i z pracy dokonanej dla kościoła w roku 1938. W ciągu roku, jakkolwiek był to rok ciężki, gdyż gradobicie wyrządziło duże szkody zebrałem ogółem prawie 6 tysięcy zł. Sprawozdanie to okazało wszystkim, że grosz ich dany na świątynię jest należycie spożytkowany. Na rok 1939 nakreśliłem  takie prace do wykonania: budowa głównego ołtarza, oświetlenie elektryczne kościoła i pomalowanie zewnątrz karboliną, celem zabezpieczenia drzewa przed gniciem. Najważniejszą pracą była budowa ołtarza. Zgłosił się do wykonania ołtarza przedstawiając zarazem plany tegoż Grzybowicz Saturnin z Ostrowca Świętokrzyskiego i Wójcik z Kozienic. Na posiedzeniu Komitetu zdecydowano powierzyć tę pracę Grzybowiczowi. Ołtarz miał być dębowy. Kosztorys wynosił 3500 zł. I tu znów pośpieszył nam z pomocą Leon Baczyński, przeznaczając na ten cel 2 tysiące  zł. Dzięki temu można było przystąpić do wykonywania roboty. Ołtarz miał być wykonany na 15 maja tegoż roku na odpust. Niestety, na ten dzień ustawiono go zaledwie prowizorycznie. Dokładnego zestawienia ołtarza dokonano dopiero po 15 maja. Zaraz potem miało przyjść kompletne wykończenie według planu, a więc politura, rzeźby i złocenia. Sprawa ta jednak do dziś (grudzień 1939 r.) jeszcze  nieskończona wskutek niedbalstwa majstra.

W wakacje 1939 r. urządziłem wraz z Komitetem loterię fantową, która dała przeszło 600 zł czystego dochodu. Część z tego przeznaczyłem na spłatę długów, a resztę na pomalowanie kościoła z zewnątrz, co zostało uskutecznione, oraz na zaprowadzenie instalacji elektrycznej w kościele. Nawiasem  chcę zaznaczyć, że  przy takich imprezach jak wyżej wspomniana przynajmniej w pewnych środowiskach nie należałoby urządzać zabaw tanecznych, bo można mieć potem nieprzyjemności od mocno podchmielonych osobników. Chciałem aby na nabożeństwa październikowe było światło elektryczne w kościele, ale z racji wojny nie udało mi się tego przeprowadzić.


[1] Antonina  Gombrowicz, żona Jana, matka Witolda Gombrowicza sławnego pisarza

[2] Chodzi o plac przykościelny zwany tu cmentarzem

[3] Kronika Krucjaty niestety zaginęła